czwartek, 10 grudnia 2015

złość jak zaraza

Jechaliśmy samochodem ja i cała czwórka. W aucie wiadomo jak jest. Przestrzeń zamknięta i ciasna dla takiej ilości ludzi. Żeby nie zwariować, opowiadam zwykle coś, albo śpiewam. Czasem jest wesoło, czasem bardzo wesoło, a czasem... mam ochotę zatrzymać auto, wyrzucić dzieci i bardzo głośno krzyczeć a potem każdemu dać klapsa. No ale czasy są jakie są :) klapsy to zło, krzyk też niszczy delikatną psychikę dzieci. Pozostaje zagryźć zęby żeby nikogo nie zabić i jechać dalej... albo...

A było tak. Jedziemy spokojnie, nagle pasażerka z przodu krzyczy, że pasażer z tyłu jest niezapięty i należy to szybko zrobić bo przecież niebezpiecznie i że ten pasażer drugi z tyłu ma zapiąć młodszego brata a ten drugi krzyczy, że ten pierwszy niech się zapnie sam. A ja właśnie na skrzyżowaniu, muszę kontrolować auta z każdej strony i lusterka i jeszcze moje dzieci, bo zaczyna robić się ostro. No to krzyczę, spokój bo nie wytrzymam... nie pomaga. Mały krzyczy, że sam się zapnie, ale nie dziś, duży szarpie pas i krzyczy na małego, siostra z przodu krzyczy na dużego że powinien, ja krzyczę na dużą żeby przestała i ....

Zjechałam na poboczę...Zatrzymałam samochód, mrucząc pod nosem wysiadłam, zapięłam małego w pasy z tyłu, nabrałam powietrza trzy razy. Wsiadłam. Cisza.

Po chwili postanowiłam wrócić jednak do sytuacji. Pokazać mechanizm domina dzieciom. Wystarczy, że jedna osoba się zdenerwuje a potem kolejna i kolejna i kolejna. Podobnie jest z radością.

Wniosek: zarażajmy się radością :)
a co ze złością? ano jak przyszła niech idzie,  nie łykamy tej zarazy.