poniedziałek, 31 grudnia 2012

family games



Miałam ogromną przyjemność spędzić kilka dni w towarzystwie rodzinki, która przyjechała do Polski z Irlandii. Rodzinka duża naszych dzieci troje, więc było co robić :)

Dzieci też miały sporo pomysłów, ale mnie zachwycił tato, który urządził "family games". Siedział z dziećmi na dywanie i wymyślał gry i zabawy. Na zdjęciu litera T. Dzieci były zachwycone. Pamiętam podobne zabawy z mojego dzieciństwa... teraz wstyd się przyznać jakoś dawno nic takiego nie robiliśmy.
Dlaczego dorośli powinni od czasu do czasu zorganizować zabawy dla dzieci? Żeby pokazać jaką frajdę daje współpraca?

Najważniejsza życiowa umiejętność to właśnie współpraca z drugim człowiekiem. Zabawa to najlepsza szkoła nabywania tej umiejętności. Przy okazji wychodzą inne ciekawe rzeczy. Np.: cisza na morzu... co chwilę ktoś odpadał... to było trudne, ale dzieciaki dzielnie dawały radę.
Taniec i muzyka stop, nie wolno się ruszać. Co jeszcze? Zgadnij kto to? (z zawiązanymi oczami rozpoznajemy osobę dotykając delikatnie twarz), kalambury (jedno dziecko udaje jakąś czynność reszta zgaduje), ciuciubabka, i inne.

Jeśli tylko przydarzy Wam się okazja na rodzinne gry to łapcie ją, bo jest cenna :)
Gratuluję Pawłowi i jego rodzince!


niedziela, 23 grudnia 2012

choinka i święta


Wiem, wiem, kolejność mi się pomyliła :)
Święta, choinka itd
ale zrobiliśmy choinki z makaronu i tak jakoś mi się narzuciło

Czym są Święta?

Dla mnie czasem pytań. Czasem spojrzenia na siebie, czasem prawdy. Czasem w którym dostrzegam więcej niż każdego dnia. I to co widzę nie zawsze jest takie kolorowe jak ta choinka, ale wierzę, że Bóg da mi siły i pokój.

W minionym roku święta spędziliśmy prawie w szpitalu, ale tamto doświadczenie jest bogactwem. Choć teraz nie mogę przestać myśleć o tym, że kiedy mnie jest ciepło i nic nie boli to ... w sumie nie tak daleko bo w szpitalu kilka ulic dalej...

Dlatego czas Świąt to dla mnie czas modlitwy. Modlitwy bo wiem, że kiedy On się rodził nie było łatwo. Wierzę, że właśnie Maryja, która tyle przeszła, może w sposób szczególny utulić matki, których dzieci cierpią.

Bo nic tak nie boli jak cierpienie dziecka. Przepraszam, że tak smutno w ten wieczór przed wigilią, ale jeśli każdy z nas choć przez chwilę w tym czasie pomyśli o tych, którym teraz nie jest łatwo, o tych którzy nie mają już sił, o tych którym brakło nadziei, o tych, którzy stoją na krawędzi i nie wiedzą co dalej, o tych, którzy są samotni nie z wyboru, o tych wszystkich którym życie nie poukładało się tak kolorowo... to może owocem tego myślenia stanie się jakiś mały czyn, albo modlitwa? i to będą święta ... bo święto to czas w którym dzieje się jakieś dobro... bo kiedy przyszedł na świat Jezus to przyszło dobro... dlatego ...

Dobra życzę Wam, którzy czasem tu zaglądacie. Tego dobra, którego doświadczamy ze strony innych i tego dobra, które możemy dać innym. By święta trwały.

niedziela, 2 grudnia 2012

prezenty prezenty prezenty...



Piszę ten post dla Was i dla siebie. Bo gorączka zakupów też mnie dopadła. Ale wiem, że to szaleństwo jest głupie. Wiem, że siła miłości, wbrew temu co głoszą reklamy, nie leży w ilości prezentów. Wiem, ale...Też mi się marzy, że ...
Nie po to jednak Pan Bóg dał człowiekowi rozum, żebyśmy się dali ogłupiać reklamom.
Dlatego
- nie będę łazić po sklepach z dziećmi
- nie będę się nakręcać :)
- upiekę pierniczki
- zrobię kalendarz adwentowy
- pójdę na roraty
- pomaluję kubki (na prezenty)

Ogłoszę, że Mikołaj przynosi niespodzianki (co roku walczę z listami do Świętego Mikołaja, bo jest to swego rodzaju lista zakupów).
A może ograniczę kategorię np. tylko filmy? albo tylko książki?  albo niech Mikołaj sam zdecyduje byle to coś zmieściło się pod poduszkę nie pod łóżko i nie gdzieś obok...
A może by tak wrócić do drobiazgów? Takie coś malutkiego? ale specjalnego?

"Kocha.. lubi.. podaruje ..." paskudna reklama, jestem tą złą matką, która słabo kocha bo nie chce kupować?

Ciągle mało, ciągle chcemy więcej i ciągle nam sie wydaje, że im więcej damy tym lepiej...
a tu... w sumie badania nawet pokazują, ze dzieci, które mają za dużo zabawek mają gorzej
ot paradoks

ale ponoć trudniej im się skupić, są mniej twórczy, gorzej współpracują, mają mniejszą wytrwałość, są mniej kreatywni bo rzadko muszą mieć pomysł (zabawki są na każdą okazję)  i w końcu rosną na ludzi, którzy myślą tylko o tym by mieć więcej... a przecież życie to coś więcej niż mieć


czwartek, 15 listopada 2012

przytul mnie mamo

nie mam siły słuchać wieczornych smutków, nie mam siły na nie odpowiadać, nie mam siły nawet pocieszać,

pragnę tylko położyć się w ciszy i zatopić we śnie

ale...

czasem się nie da

i kiedy tak nie mam pomysłu ani siły to przytulam i nic nie mówię... może wtedy mówię najwięcej?

piątek, 9 listopada 2012

błogosławiony brak

- "A gdzie jest drugie danie????"
- nie ma, nie zdążyłam ugotować
- jak to?
- normalnie, nie dałam rady cieszę się, ze zupa mi wyszła :)
- ...chm to moze zrobimy naleśniki na drugie danie?
- dobry pomysł, a ja w tym czasie powieszę pranie



Ano w moim grafiku coś się zawaliło i powstał brak. Zawsze myślałam, że brak jest czymś złym. Czymś do czego dopuścić nie wolno. W moim domu brakowało wielu rzeczy  więc moje dzieci nie będą cierpieć. Potrzebne buty? jedziemy do sklepu, kurtka? od razu, nowa książka? zeszyt? klej, blok... a może zabawki się znudziły?

brakuje "braku"

kiedy jest wszystko nie ma się z czego cieszyć nie ma na co czekać, nie ma o czym marzyć, nie ma za czym tęsknić, nie ma za co dziękować...trudno być wdzięcznym za nową kurtkę ... przecież nie jest niczym wyjątkowym

brakło drugiego dania... dzieci miały okazję by ten brak uzupełnić swoją miłością :)
naleśniki były pyszne

to wczale nie znaczy, że zamierzam głodzić dzieci :))
ale... trochę się zatrzymam nad brakiem

(a sam "brak" zawitał w mojej głowie dzięki  Ewie, za co niniejszym dziękuję)


niedziela, 21 października 2012

zanim zapiszesz dziecko na wyjątkowe zajęcia

To krótka historia jednego chłopca i jednego spotkania.
Chłopiec nie wierzy w swoje możliwości, wie że ma dużo różnych trudności. Nie znosi odrabiać lekcji i bardzo się denerwuje kiedy musi się uczyć.Ma lat 9 i kocha wakacje, a szkoła...
Rodzice chcąc mu pomóc zapisali dzieciaka wstępnie na zajęcia, które miały to zmienić.  Nauka przyjemnością...
Przyszedł pan trener i usiedli razem w pokoju. Pan trener chciał pokazać rodzicom do czego dojdzie ich dziecko po udziale w tym wyjątkowym programie (wyjątkowy również ze względu na cenę).
Pierwsze zadanie- chłopiec miał przeczytać po cichu tekst, pan mierzył czas. Po zakończeniu wyjął kalkulator i sprawdził ile to słów czyta na minutę (wynik zadowalający a nawet bardzo dobry, powiedział pan ze zdziwieniem), potem przepytał ze znajomości tekstu... mały prawie płakał (a pan zapewniał, że to zabawa). Co się jednak okazało? Mały znał odpowiedzi na większość pytań! A pytania wyszukane np. jaka średnica jest w czymś tam (nie pamiętam). Jakie zwierzęta nie używają echolokacji... jaki czas... ile razy... jak długo...?
Rodzice byli w szoku! Jakim cudem tyle zapamiętał. Ano tak zwyczajnie zapamiętał i już.
Uff
Trochę próba panu nie wyszła bo uczeń za zdolny i właściwie już wie co czyta, więc... ale po programie będzie czytał szybciej i wiedział więcej oczywiście.

Próba druga - kostki. Chłopiec miał zapamiętać kostki i potem w głowie dodać i podać wynik. Pierwsza próba - super! udało się. Mały wyciera pot z czoła. Ale ... po kursie będzie to robił z podwójną ilością kostek. No i próba, spróbuj teraz... i bach dwa razy tyle kostek do zapamiętania.
No i ... mały myśli i myśli, Pan się uśmiecha i mówi to niemożliwe, a mały mówi 42 i ... pan kiwa głową, prawie głaszcze z politowaniem chłopaka po głowie, ale ... zerka na kostki i ... 42.
:))

No ale po kursie...to może nawet ...

no to próba skojarzeń... wyszło jak wyżej, młody zapamiętał, pan zaskoczony... a po kursie... to wszystko zapamiętasz...:)

W pewnym momencie młody zaczyna płakać. Nie wytrzymał napięcia. Za dużo. Wystarczy. Sami sobie idźcie na ten kurs jak macie problem.

Następnego dnia. W rozmowie chłopak mówi, wiem wiem pamietam, przecież mam dobrą pamięć. Wczoraj się o tym dowiedziałem.
No cóż.

mamy nauczkę
program pewnie dobry tylko po co?

poniedziałek, 8 października 2012

dobry pomysł to połowa sukcesu

Odrabianie lekcji to zmora każdego rodzica i każdego dzieciaka. Nie ma rady, zrobić trzeba. Dzieci sprawdzają ile cierpliwości ma rodzic, rodzic chce spokojnie pomóc tylko w razie wyraźnej potrzeby a wychodzi ... jak wychodzi. Czasem lepiej, czasem gorzej.  Jednak dzieciaki zaskakują swoimi pomysłami. Usłyszałam wczoraj : "to ja może pójdę po jakiś cukierek ze spacjalną mocą, żeby mi się tak zachciało robić te lekcje". No i się zachciało. :)

Inny pomysł mojego syna.
- Antek wiesz muszę przeczytać te dwie książki do końca tygodnia, jak mam to zrobić? - zapytałam
Antek popatrzył na grubość, sprawdził ilość stron, zapytał ile już przeczytałam i powiedział - musisz podzielić to na części i każdego dnia czytać jedną i tego się trzymaj, a będzie dobrze :)

Proste?

idę trzymać się planu na dziś


środa, 3 października 2012

TO MOJE!!!!

Na spacerze w parku.

Jedno dziecku zasiada na rowerku drugiego dziecka. Klasyka. Jak zwykle cudzy rowerek fajniejszy. My, mamy, chcemy dobrze wychować nasze dziecko i mawiamy: no pozwól, na chwilę, przecież nic ci nie zrobi, pojeździ i odda... a mały, który zasiadł na rowerku właśnie triumfuje. W oczach błysk zwycięzcy. Mały właściciel nie rozumie o co chodzi. Moje, ale mam dać. Nie chcę, ale mama prosi... co robić, może się rozpłakać?
W świecie dorosłych...
Kiedy ktoś bierze moje rzeczy i nie pyta... to się wkurzam.

Tyle.

Moje to moje. Mogę pożyczyć, ale wtedy kiedy ktoś mnie zapyta.

Niby proste, ale jakoś zapominamy o tej zasadzie w stosunku do dzieci. Ja zapominam :(

"Mamoooo on wziął mój ołówek!!!!"
"no przecież ci nie zje, nie wziął tylko pożyczył" (akurat...)

Po przemyśleniu (a raczej nauczeniu się) mawiam "prawo własności obowiązuje dalej w naszym domu, można pożyczać za zgodą właściciela".

teraz słyszę jak dzieci mawiają "prawo własności! to moje". Nie znaczy to, że się nie dzielą. Może nawet dzielą się częściej? Więcej sobie pożyczają? No i mniej walczą.

niedziela, 30 września 2012

ufff mamo nie musisz się uśmiechać

Przeczytałam to już kiedyś, ale chyba dopiero teraz przy powtórce dotarło do mnie o co chodzi. Mam wrażenie, ze to najważniejsza książka z tej serii. Obala mit dobra mama to uśmiechnięta i wiecznie zadowolona mama...

Mamo możesz czuć to co czujesz. Masz swoje potrzeby, swoje uczucia, jesteś osobną osobą. Dzieci są ważne, ale ty też jesteś ważna.

Możesz powiedzieć dzieciom: nie mam siły, czuję się zmęczona,

Nie muszę żyć w permanentnym poczuciu winy wychodząc z domu ("zostawiam te biedne dzieci BEZ MATKI")

Odetchnęłam z ulgą.

Kiedy "ubieram się w uśmiech", a w środku czuję coś zupełnie innego, to jest to fałsz. Moje ciało mówi coś innego. Prędzej czy później dzieci zaczynają robić podobnie. Mówią, że jest super, a w środku...?

Wsłuchać się w swoje uczucia.
Tak mocno wsłuchuję się w to co czują dzieci, że nie zawsze potrafię określić swoje własne uczucia :(

A przecież szczęśliwa rodzina to taka, w której próbujemy zaspokoić swoje potrzeby wzajemnie, słuchać siebie nawzajem. 

Co ja czuję?  Trzeba się przyjrzeć swoim uczuciom by wszystkim żyło się lepiej :)

Polecam tę książkę szczególnie.

niedziela, 9 września 2012

czy moje dziecko jest wyjątkowe?

Warto popatrzeć na dziecko i zobaczyć co jest w nim wyjątkowego. Szczególnie jeśli mamy w domu więcej niż jedną pociechę. Dlaczego? Dlatego, że patrząc na dzieci nieustannie porównujemy. A ten jak był mały to nigdy tak nie zasypiał sam w łóżeczku, oj z jedzeniem to będzie raczej podobny do ..., a ten lepiej sobie radzi niż ..., no jak byś się przyłożył tak jak... to może by ci się udało... Paweł zawsze o tobie pamięta a ty?... jaka ty jesteś grzeczna nie to co..., no co ty on nigdy by tak dobrze tego nie zrobił...
na pytania innych o nasze dzieci odpowiadamy patrząc na dzieci razem : no córka tak dobrze sobie radzi, ale mogłaby lepiej bo syn ... no ale znowu ten jest lepszy w...ale najmłodszy to jest pogodny nie tak jak ... bo ta ma dopiero nastroje...
na placu zabaw: jest sprytniejszy, ale mówi mniej... no ale nie krzyczy tak jak ten...
Kolejna fala porównań to porównania do rodziców ... jaki ojciec... no co się dziwić córce jak matka też ma bałagan wszędzie....sprytny i zaradny jak dziadek, ale urodę to ma po....

Z uwagą detektywa zaczęłam śledzić swoje myśli i słowa. Niestety porównań, nawet takich nie wprost, ale jednak, jest dużo. Patrząc na to co dzieje się z dziećmi, ja reagują  na porównania,  warto się nad tym zatrzymać. Nie chcę się rozwodzić na temat tego ile złego wyrządzają nam porównania. Każdy kiedy się nad tym chwilę zastanowi sam znajdzie odpowiedź. Wystarczy przypomnieć sobie porównania z naszego własnego dzieciństwa by poczuć ten ciężar.

Zastanawia mnie jednak bardziej jak uniknąć porównań. Sposobów jest wiele, ale zanim zaczniemy je stosować warto zrobić sobie ćwiczenie. Wziąć do ręki zdjęcie dziecka i przykleić na kartce, poniżej napisać: moja wyjątkowa córka. Dalej opisać co jest wyjątkowego w dziecku bez uciekania się do porównań. To samo zrobić z każdym kolejnym dzieckiem. Czy to łatwe? Nie wiem. Zrobię to dziś i na pewno się podzielę refleksjami. Z pewnością jednak trening patrzenia na dziecko jak na zupełnie odrębną istotę jest mi potrzebny.

"Mamo, tato jestem sobą"

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

wstyd ... matka nie radzi sobie z własnym dzieckiem

Gdyby mi ktoś opowiedział to bym nie uwierzyła, mój własny syn leżący w sklepie, wijący się na brudnej podłodze... jego matka (ja ) bezskutecznie próbująca przekonać go do powstania... i ludzie zerkający na mnie ...
potem Stach biegnący przed siebie bez reakcji na wołanie ... świetnie się bawi .. gorzej ze mną

oj to było nieprzyjemne

właściwie zdarzyło się to pierwszy raz, ale ...

Staś wstań... leży
chodź poszukamy taty...leży

próba podniesienia jedną wolną ręką bo w drugiej oliwa ...:( i ciągnę po podłodze mojego syna w kierunku kasy
a tam: " LIZIAKA!!!!"

O NIE! nie ma lizaka! nie dziś

Nie sądzę, że cokolwiek zrozumiał, ale  z pewnością nauczył się, że czasami nie ma lizaka (jak się było całe wakacje na wsi a w sklepie zawsze dostawało lizaka to...)

no nic na szczęście on nie ma jeszcze dwóch lat, zawsze mogę go wziąć na ręce i wynieść ze sklepu

ale co zrobić kiedy 12 latka mówi: nie chcę tam iść (lekarz) i co? nie pójdę i już!

och to już poważniejsza sprawa na inny post :)

środa, 15 sierpnia 2012

moje pytania

Dzień powszedni bywa trudny w każdej rodzinie. Choć trafiły nam się grzeczne dzieci to i tak są takie dni kiedy wszyscy mamy dość. I nie mam na myśli tylko rodziców. Nie zawsze się udaje, czasem kładziemy się spać z poczuciem porażki. Czegoś zabrakło. Czasem dość szybko widzimy, że nasza reakcja była pod wpływem emocji, czasem jesteśmy niesprawiedliwi, czasem nam się nie chce, czasem mamy zły dzień i czasem się ranimy...Tak jak wielu innych rodziców pragniemy by nasze dzieci wyrosły na szczęśliwych dobrych ludzi. Tylko, jak to zrobić? Jak pomóc im dorosnąć? Jak przeżyć czas ich dorastania i nie mieć poczucia, że nasze życie to nieustający stres lub walka? Gdzie jest granica pomiędzy potrzebami rodzica a potrzebami dzieci? Czy dobry rodzic to taki, który całe swoje życie poświęca dla dzieci? Czy można być dobrym rodzicem i nie rezygnować z siebie? Jest tyle pytań, które co jakiś czas pojawiają się w naszych głowach. Czasem życie pędzi jak szalony pociąg i nie czasu na to by usłyszeć w sobie nawet pytanie co dopiero odpowiedź. Za szybko. Potrzebujemy czasu by zastanowić się nad tym gdzie pędzi ten nasz pociąg pełen pasażerów? Jak się czują pasażerowie? Jak wyglądają relacje pomiędzy pasażerami?  Co będzie jutro? Albo raczej jak jest dziś i co warto zmienić?

sobota, 11 sierpnia 2012

dzieci w aucie ...

dzieci w aucie to ... ciężka przeprawa dla prowadzącego samochód kierowcy. Nie ma lekko. Kłótnie, przepychanki, marudzenie, chyba choroba lokomocyjna to najlżejszy stan z tego co się tam dzieje. Mam dość zwykle już na pierwszych 10 kilometrach. To nic, ze mamy swoje samochodowe piosenki, które uwielbiamy śpiewać, gry słowne w które gramy, żarty i wiele innych pomysłów, czasami mam ochotę zatrzymać samochód i wyrzucić jedno na 15 minut żeby się uspokoić. Wyrozumiały pan policjant nie dał mi ostatnio mandatu, mimo, że zasłużyłam. Popatrzył na tył mojego samochodu i moją minę i chyba wiedział, że nie było mi łatwo.
Wakacje są cudowne, ale ta droga...a jutro znowu wyjazd...
Może trzeba powiedzieć otwarcie nasze dzieci są ... niespokojne w samochodzie ? :)) 
i nie wiem co będzie jutro
na wszelki wypadek zapakowałam audiobooki i kilka śpiewników, a może... jak przejadą 100 km bez kłótni... to dostaną nagrodę? Już widzę miny niektórych czytelników (manipulacja nagrodą )
Owszem owszem, ale jak skuteczna to chyba spróbuję bo w przeciwnym razie ktoś pojedzie pociągiem, a jak nie nagroda to może mała konsekwencja - zamiast kary ma się rozumieć. Czyli ja będę jeść loda po 100 km a oni niech patrzą.  :)
No dobrze spróbujemy z tymi piosenkami i opowieściami z dzieciństwa to zawsze działa. Swoją drogą ciekawa jestem jakie piosenki śpiewacie w aucie? My często oprócz Wojenko wojenko to jeszcze Czarny chleb...

wtorek, 17 lipca 2012

radość w zwyczajności

Pokochałam zwykłe rzeczy, zwykłe sprawy i to co proste i takie... zwyczajne. Cieszę się kiedy mój syn idzie w zwykłych dresowych spodniach na podwórko i nie przeszkadza mi, że wygląda gorzej niż sąsiad. Cieszy mnie zwykła kromka chleba z masłem. Proste rzeczy, proste czynności. Wycieranie umorusanej buzi Stacha. Smak herbaty i zapach jarzynowej zupy.  Kiedy tak od kilku dni o tym myślę, dziś Antek jakby na potwierdzenie moich myśli powiedział: wiesz mamo, składanie prześcieradła jest jak taniec...

Tyle tańca w naszym życiu. Dobrze jest umieć go dostrzec.

wtorek, 3 lipca 2012

kiedy brakuje sił

Mimo, że dobrze wiem, jak powinnam reagować w różnych sytuacjach czasem... zwyczajnie mi się nie chce. Wczoraj usłyszałam "tak bym chciała, żebyś ty mamuś był bardziej towarzyska"
:(
Wiedziałam, że za tym coś się kryje wiedziałam, że te słowa mają drugie dno i żeby je odkryć nie mogę się bronić, tylko spokojnie powiedzieć: "uważasz, że jestem za mało towarzyska? " i dalej: "chciałabyś żebym wieczorami  wychodziła przed blok i rozmawiała z sąsiadami?" "fajnie jest tak stać z mamą jak .... i wspólnie ...."
Zamiast tego (w pełnej świadomości) powiedziałam, że nie mam ochoty wystawać przed blokiem, że mam dość takich głupot... itd
Oczywiście potem gdzieś przeszło mi przez gardło, że chciałabyś.... Ktoś zapyta dlaczego??? Bo jestem tylko człowiekiem i czasem zwyczajnie mi się nie chce. Czasem chce zawołać "marsz do swojego pokoju :)" 
Nikt nie jest idealny, a jak to mówi Zosia: w domu nie wszystko musi być jak w książce... i już:)

niedziela, 24 czerwca 2012

kiedy dziecko staje się najważniejsze

Widzę czasem rodziców z dzieckiem na placu zabaw. Mama wpatrzona w dziecko, nie widzi świata poza nim. Jest tak skoncentrowana na jego potrzebach, że odczytuje każdy najmniejszy nawet sygnał. Dzieciak wie, że jest ważny, wykorzystuje ten fakt. Mamooooo chce mi się pić! Teraz! Chcę na huśtawkę! Teraz!
Potem tata, też wpatrzony w dziecko. Cudowny ojciec, gra z dzieckiem w piłkę, wyciera mu nos, poklepuje po ramieniu. Będzie z mojego syna niezły piłkarz, mój syn, moja duma, cały ojciec...
Tak się wpatrzyli w to dziecko, że stracili z oczu siebie nawzajem. Kiedy zwracają się do siebie to zwykle po to by powiedzieć: daj małemu pić, idź za nim, nie widzisz, że mu leci z nosa?
Potem jest coraz gorzej bo rozmowy toczą się tyko o tym, kto odwiezie dziecko do szkoły, a kto zawiezie na balet...

Są też komentarze na boku: niech się trochę zajmie dzieckiem, no niech zobaczy jak to jest. Idź do tatusia! Idź do mamy...
Tak mąż stał się tatusiem, a żona mamusią.

Niby nic takiego bo przecież to normalne w końcu są rodzicami, a dziecko najważniejsze, bo takie małe i bezbronne.
Tylko, czy aby na pewno taki układ wytrzyma próbę czasu? Czy taka relacja przetrwa?
Czy dzieci tego chcą? Czy dzieci widzą jak mama szanuje i kocha swojego męża, jaki tata jest zakochany w mamie? Antek dał tacie laurkę na dzień ojca i napisał na niej: fajnie, ze mamę wybrałeś :)
Ale musiało minąć kilkanaście lat naszego małżeństwa. Bo nie było tak różowo. Można tak się zapatrzeć w dziecko, że ...
Sama popełniłam ten błąd i poszłam ślepą uliczką bo dzieci stały się moim światem. Trochę nas kosztował ten błąd. Teraz wiem, że dzieci są ważne, ale ... najpierw jest mój mąż. Bo on jest miłością mojego życia, potem są dzieci, które kocham nad życie, ale nic nie zmieni faktu, że kiedyś pójdą w świat. Czasem trzeba wrócić do tej miłości, bez której ... nie byłoby naszego małżeństwa.


niedziela, 10 czerwca 2012

kiedy rodzeństwo bywa trudne

"Zrób z nim coś bo dłużej nie wytrzymam"
znają to pewnie wszyscy rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko.
Dlaczego są takie chwile, w których nasze dzieci są jak anioły a są takie w których... jest ciężko :)

Bo każdy z nich walczy o swój teren, o siebie. Dlatego gdyby rodzeństwo w ogóle się nie kłóciło ... byłoby to mocno podejrzane. A tak... mamy od czasu do czasu ciekawie.
Co robić?
U nas w domu panuje zasada: nie wolno się bić. Kłócić się można, ale bicie jest zabronione.  Trzeba próbować używać "komunikatu ja". Zwykle wychodzą z tego różne śmieszne rzeczy, ale czasem  działa. Np.:
"Kiedy bierzesz moją komórkę bez pytania jestem wściekła  i mam ochotę cię walnąć. " To nie moje dziecko, ale też mamy podobnie. Albo: "jestem wściekła kiedy bierzesz moją komórkę bez pytania i na przyszłość zawsze pytaj.  (tak lepiej)" Czasem krzyczę z kuchni: powiedz to w komunikacie ja.
I słyszę jak nabiera powietrza i próbuje. Kiedy trzeba trochę pomyśleć co powiedzieć to może mniej ranimy siebie nawzajem. Antek powiedział ostatnio: "w szkole trzeba znać różne twarde słowa żeby się nimi czasem bronić, ale też trzeba mieć ochronę przed sercem, żeby te słowa, które mówią inni nie raniły serca." Dlatego właśnie, żeby mniej się ranić warto nauczyć dzieci i siebie sposobu mówienia o tym co czujemy.
Mówienie o tym co czujemy zawsze działa. Pewnie, że to niełatwe, ale warto próbować.
"Bardzo mnie denerwuje kiedy kopiesz w stół trzęsie mi się herbata i  wolałabym żebyś trzymał nogi na podłodze."- choć zwykle mówię:" Nie kop w stół !!!" (to też działa ale krócej.)
Ale jak mi się uda powiedzieć to w "komunikacie ja"  działa zdecydowanie dłużej.
Jednym słowem dobra komunikacja to podstawa sukcesu, stąd tak w skrócie o "komunikacie ja".

Miało być o rodzeństwie. Co pomaga przetrwać te trudne chwile?
Działa wspólna praca! Najlepiej zadanie. Może na początek warto przy tym być, a potem stopniowo dać szansę na samodzielne zakończenie zadania. Bywa i tak, że wspólna praca nie ma szans na powodzenie bo emocje są takie, że może się to skończyć jeszcze większą awanturą.  Inne warianty to:
Wysłuchanie- "to rzeczywiście trudne, czasem ciężko jest się dogadać..." bo przecież tak jest.
Zmiana aktywności- obejrzyjmy wspólnie film, chodźmy na spacer,
Zmiana tematu - pewnie nie jest to najlepsze rozwiązanie ale u nas czasem działa. Kłócą się zajadle to kto zaczął się kłócić (tak też bywa) i wtedy warto wrzucić jakiś temat. np. a wiecie, że jest nowy film w kinie? Widziałam zapowiedź. Widzieliście? Dlaczego czasem uciekam się do tego sposobu, który dla wielu wyda się podejrzany. Dlatego, że kiedy ja mam kiepski dzień i nie mogę się pozbierać to pogadanie na inny temat dobrze mi robi.
Muzyka - włączenie ulubionej płyty :) bo muzyka łagodzi obyczaje, wiem wiem, czasem kłócą się tak głośno, ze nie słychać radia. My mamy duże głośniki.
Pomysł - ja mówię: mam pomysł!!! i korzystając z chwili zaskoczenia szybko próbuję coś wymyślić np. w lodówce są lody (dobre na schłodzenie podgrzanej atmosfery), robimy generalne porządki, albo zupełny absurd w stylu: wyprowadzamy się do Warszawy. To ostatnie to też pomysł, który się sprawdza czyli:
Humor - humor to doskonałe narzędzie wychowawcze. Czasem śpiewam tak jak Król Ból (Bajka Grajka) "Zwariuję i stanę na głowie zjem berło i zacznę kicać..." albo inne głupie teksty. Zdarzyło mi się też włożyć na rękę pacynkę i udawać podsłuchiwanie rozmowy.
Oczywiście to są tylko sposoby na zaradzenie trudnej sytuacji. Warto pewnie też przyjrzeć się temu co się dzieje. Czy jest to zwykłą kłótnia o coś tam czy może konflikt, który narasta już od jakiegoś czasu? Czy może jest coś co powinno nas zaniepokoić? A może kłótnie dzieci są zwierciadłem tego co dzieje się w naszym małżeństwie? Jeśli powody są poważne to też sposoby powinny być inne. Te o których piszę to tylko pomysły na zwyczajne codzienne kłótnie o to gdzie ma leżeć czyj plecak.
Nie wiem co działa u Was. Wiem za to na pewno, że się kochają. Kiedy nie ma jednego drugie tęskni i nie może spać. Wiem, że skoczyliby za sobą w ogień.
Kiedy byli młodsi bardzo dużo czasu poświeciliśmy na organizowanie wspólnej zabawy i pewnie to też w jakiś sposób procentuje. Bo potrafią się porozumieć, ale to nie znaczy, że nie ma kłótni.

niedziela, 3 czerwca 2012

sztuka rozmawiania

Pewnie już o tym pisałam, jednak  im starsze są nasze dzieci tym mocniej dostrzegam ten aspekt 
Czym zatem jest rozmowa?
Czy trzeba jej się uczyć, czy może jest naszą naturalną umiejętnością?
Czy warto ćwiczyć umiejętność prowadzenia konwersacji?
Sądzę, że warto.
Ćwiczyć by nie wyjść z wprawy :)  potem nie czuć się dziwnie w pokoju nastolatki bo ... o o czym tu rozmawiać i jak skoro do tej pory nasze rozmowy dotyczyły tylko wymiany informacji na temat tego Kto i co ma zrobić?
Rozmowa to coś więcej niż wymiana informacji, rozmowa ma swój temat i łączy się z wieloma innymi czynnikami.
Rozmowa zwykle toczy się wokół tematu. ,Bywa że tematów jest wiele, a czasem... trzeba ich poszukać. Dlatego dobrze iść razem do kina bo można porozmawiać o filmie. Można przeglądnąć wspólnie gazetę. Temat. Dlaczego jest potrzebny? Bo1 rozmowa dziecka z rodzicem przypomina czasem odpytywanie. Jak było w szkole? Dobrze? a stopnie jakieś były? Były? A dobre? A pani pytała? a jadłeś obiad? itd
Rozmowa? Nie wiem.
Ja też czasem jestem odpytywaczem bo tak łatwiej, kiedy się staram to zaczynam od opowiadania o swoim dniu. Czasem jestem  wieczorem w pokoju z dziećmi i jakoś tak same zaczynają mówić. Czasem przez kilka dni nie wiem co się dzieje w szkole ... i wtedy mam takie światełko w głowie: czy rozmawialiśmy?
są "zabójcy rozmów" np. telefon komórkowy, który odzywa się i przypomina sms o czymś tam, samochód i rozmowa kierowcy z dzieckiem siedzącym z tyłu (kontakt wzrokowy w lusterku :)))
pośpiech (dzieci czują), brak prawdziwego zainteresowania
są też takie "rzeczy", które pomagają np. czas (mam dla ciebie czas i nie zadzwoni mi teraz telefon), miejsce (a może zróbmy sobie przystanek w drodze ze szkoły i zjedzmy lody?), postawa dobrego słuchacza (to co mówisz jest dla mnie ważne).

Łapię się na tym, że nie jestem dobrym rozmówcą, dlatego potrzebuję ćwiczeń :)
Zbyt szybko chcę usłyszę informację, nie umiem czekać, nie daję czasu, chcę już wiedzieć i iść dalej a rozmowa potrzebuje czasu

Uczę się bo dzieci rosną i potrzebują rozmawiania, o rzeczach ważnych i nieważnych... jeśli nie będziemy z nimi rozmawiać, kto to zrobi?
Może tak piętnaście minut dziennie dla każdego osobno? Mało? Sprawdzę jak działa i na pewno powiem.

piątek, 25 maja 2012

dzień mamy i inne atrakcje

Nie lubię tych narzucanych świąt jak dzień ... od nauczyciela po górnika. Pewnie są potrzebne, ale zwykle uruchamia mi się myślenie co z tymi  matkami, których dzieci nie pamiętają. Boli.
Tak sobie pomyślałam, że zawsze jest taki dzień, w którym chcielibyśmy by ktoś o nas pamiętał szczególnie a tu... tak bywa. Dlatego nie lubię :)
Niemniej wczoraj doświadczyłam Dnia Mamy i Taty w nowej szkole moich dzieci. I muszę przyznać łezka mi się zakręciła w oku. Nie było wielkiego przedstawienia, ale były wiersze  dzieci i ciasto i zdjęcia rodziców na slajdach (zdjęcia jakie dzieci po kryjomu wygrzebały w szufladach:).
Było pięknie. I piosenka na koniec zaśpiewana przez wszystkie dzieci. A po całej imprezie moja córka koniecznie chciała oprowadzić mnie po szkole (to nic, że kolejny raz). Oglądałam korytarze i stołówkę i sklepik! i bibliotekę i widziałam, że moje dziecko jest szczęśliwe w tym miejscu i jest z niego dumne.
 Teraz Dzień Dziecka :) u nas zwykle wyjście. Może na lody do jakiejś kawiarni? Czasem taka umiejętność wspólnego spędzania czasu jest ważniejsza od wszystkich prezentów... choć dzieci docenią to dopiero z czasem.

wtorek, 22 maja 2012

naucz mnie podejmować dobre decyzje

Wiele razy jestem przekonana, że wiem lepiej. Mój pomysł jest lepszy i ... w ogóle ja powiem dzieciom co w życiu robić i jak je przeżyć...
a tu ... trzeba pozwolić poczuć konsekwencje złego wyboru, złej decyzji :(
konsekwencje czasem bolą (najchętniej ochroniłabym te moje dzieci przed każdym bólem)
a tu ból potrzebny
"Mamo ty zdecyduj..." a ty jak uważasz? co jest ważne? dlaczego tak? a może inaczej?
to trudne, ale każda decyzja podjęta samodzielnie ma niezwykłą moc. Moc stawania się dorosłym człowiekiem, moc odpowiedzialności za siebie! To niezwykłe obserwować jak młody człowiek zmaga się z samym sobą. Chciałoby się robić tyle rzeczy, a tu trzeba wybrać. Chciałoby się a tu...
"Dziś nie pójdę na rolki..." dobrze, jeśli uważasz, ze tak będzie lepiej. Podjęłaś trudną decyzję bo rolki ciągną :)
Decyzje trochę jak stopnie schodów. Są takie, które musimy podejmować za dziecko, ale są takie które może przejść samodzielnie. Są takie stopnie, przez które trzeba przeprowadzić dziecko, ale...
Znaleźć złoty środek. Nie bać się, że zaboli. Mnie też boli i chyba tego nie lubię. Wolałabym zarządzić zdecydować i... zmagam się z sobą, żeby dać szansę moim dzieciom na dorastanie.

wtorek, 15 maja 2012






Przeżyliśmy Komunię Świętą Antosia. Bogu niech będą dzięki. To był piękny czas. Ksiądz, który przygotowywał Antka do Komunii, nie zmuszał go do zapamiętania wszystkich tekstów które normalnie obowiązują. I na szczęście bo właśnie w tym Antek miał duży problem. Nie wpłynęło to na jego świadome i pełne uczestnictwo w Eucharystii. Wiedział co się dzieje. A to chyba najważniejsze.
A w ramach prezentów (o których oczywiście myślał i nie udało się tego uniknąć) chciał dostać komórkę i... młotek i dwa gwoździe. Ponieważ poważnie traktujemy prośby naszych dzieci, Bartek pojechał i kupił porządny młotek :) Na pytanie po co? Odpowiadał : zobaczycie.
Wieczorem już po wszystkich uroczystościach nasz syn podszedł do półeczki na której stoi ikona w naszym pokoju i postanowił ją rozmontować. "Wy już jej nie potrzebujecie tu się już dawno nikt nie modli. Przeniosę ją do naszego pokoju."

sobota, 28 kwietnia 2012

co zrobić z Tadkiem niejadkiem?

Kiedy skarżyłam się mojemu teściowi, że Zosia nie ma apetytu i nie chce jeść, niezmiennie powtarzał "więcej na świeżym powietrzu " - oczywiście miał rację. Ale... u nas czynnikiem, który w dużej mierze miał wpływ na problemy z jedzeniem Zosi był stres i przemęczenie. Wychodziła do szkoły około 7.20 a do domu docierała około 15.00. Etat. Obiady- catering - czyli nie do przejścia dla Zosi. Poza tym atmosfera na szkolnej stołówce też lekko stresująca, bo trzeba by szybko i najlepiej wszystko bo rodzice zapłacili (niby słusznie).
W domu kolejny stres bo babcia od progu goni do jedzenia. Bo przecież tak się starała a oni znowu nie chcą. I marudzą i mieszają w zupie i mięso nie takie...
Jednym słowem życie Zosi zaczęło kręcić się wokół jedzenia (albo raczej nie jedzenia). Zaczęły się problemy zdrowotne na tyle poważne, że nie poradził sobie z nimi lekarz rodzinny i wylądowała w szpitalu. Przebadana na wszystkie strony dostała diagnozę: jest ...zmęczona. Na kolejnych wizytach lekarz ważył ją i pytał: w szkole była? Była. A po co? trzeba było zostawić w domu jak się źle czuła. Jak zostawić jak sprawdzian goni sprawdzian :(
Podjęliśmy zatem trudną decyzję- zmiana szkoły. Obecnie Zosia razem z Ant. chodzą do pobliskiej szkoły, czasem wracają z niej na piechotę, jedzą obiady około 12 tej i spędzają duuużo czasu na świeżym powietrzu bo mają zdecydowanie mnie zadań domowych!
Minęło już trzy miesiące w nowej szkole. I  nie poznaję moich dzieci. Są głodne i ...szczęśliwe.  Nie mają samych piątek, ale chcą chodzić do szkoły. Może dlatego, ze w szkle jest sklepik :)) Wiedzą ile mają pieniędzy i co mogą kupić i czy to drogo czy tanio.
Nasza lodówka się nie zamyka, chleb znika ... Zero awantur wokół obiadu.Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.
Wielu osobom powinnam podziękować za wsparcie w podjęciu decyzji. Lekarzowi, który nie bał się nam powiedzieć, że zamęczamy dziecko i coś trzeba zmienić, pani w Poradni PP za to, że badając dysleksję Zosi powiedziała: "ortografia to nic... trzeba się zastanowić nad tym dlaczego ona tak nie chce chodzić do szkoły?".
Już chce :)
Już je
Bogu dzięki

poniedziałek, 30 stycznia 2012

czego brakuje w przygotowaniach do Pierwszej Komunii ?



Antek przygotowuje się do Komunii... wygląda to jak zwykle tradycyjnie czyli tabelka z formułkami do wkucia na pamięć i zaliczenia. A my zastanawiamy się co zrobić by nasz syn świadomie przyjął Pana Jezusa w Eucharystii. Mamy już jakieś sprawdzone pomysły po Zosi :), ale ...
Wczoraj postanowiliśmy czytać Biblię. Ewangelię. Każdego wieczoru jeden rozdział. Okazało się to duże łatwiejsze niż myśleliśmy. Wystarczy, że Biblia leży w pokoju dzieci. Przeczytanie jednego krótkiego fragmentu zajmuje jakieś dwie minuty. Tyle.
Najważniejsze jednak dokonuje się potem. Jest przestrzeń na PYTANIA.
Właśnie pytania dzieci skłoniły mnie do tej refleksji. Już wiem co kuleje w przygotowaniu dzieci do Komunii... brak przestrzeni na pytania. To dorośli pytają, a dziecko odpowiada bo powinno wiedzieć :) Wypełnia kolejne stronice katechizmu i znowu odpowiada na pytania. Ewentualnie musi słuchać.
A przecież wielcy święci, niezwykłe postacie z Biblii PYTAJĄ. Nikodem przyszedł w nocy pytać Jezusa. Bo nie rozumiał! A dzieci? czy pytają? dlaczego? czy rozumieją? czy zastanawiają się nad tym do czego są przygotowywane?
Ten mały człowiek na początku swojej drogi ma prawo do pytań. Może nie rozumieć... ma wierzyć?
Myślę, że Pan Bóg czeka na pytania. Bo kiedy człowiek pyta to znaczy, że się zastanawia, że myśli.
"Mamo, a czy Pan Jezus kiedy był człowiekiem to miał swojego anioła stróża?" - zapytał Antek.
"A czy anioły są w człowieku czy obok?"